O mnie

Magdalena Rutkowska podczas pracy nad rzeźbą portretem Mariusza

Tworzę, bo przestrzeń nie znosi pustki. Bo światło i cień nieustannie negocjują swoje granice, a napięcie między strukturą a materią domaga się odpowiedzi.

Rzeźba nie zaczyna się w dłoniach. Zaczyna się w momencie, gdy coś w środku drgnie – potrzeba, impuls, niepokój, intuicja formy jeszcze niewidzialnej. Materiał nie jest bierny. Opiera się, odpowiada, zmienia kierunek napięć. To proces dialogu – między mną a materią, między materią a przestrzenią, między przestrzenią a odbiorcą.

Pracuję w glinie, szkle, papierze, tkaninie. Każdy materiał pamięta dotyk, nosi ślad decyzji. Szkło – płynne w żarze, potem twardnieje, zamyka w sobie ruch. Gładkość i ostrość w jednym. Ceramika – lepka, giętka, a potem brutalnie wystawiona na temperaturę, krystalizuje swój kształt. Relief – linia wychodząca z powierzchni, czy może raczej – powierzchnia, która pozwala linii się ujawnić.

Moje rzeźby to ślady ruchu. To napięcia między miękkim a twardym, między gładkim a chropowatym, między tym, co organiczne, a tym, co geometryczne. Światło ślizga się po powierzchniach, wpada w zagłębienia, osiada na krawędziach. Cień buduje formę tam, gdzie jej nie ma.

Nie tworzę opowieści zamkniętych. Moje prace żyją dopiero w spotkaniu z odbiorcą. Nie trzeba ich rozumieć. Trzeba pozwolić im działać – na zmysły, na pamięć dotyku, na wyobraźnię.

Rzeźba nie kończy się w moich rękach. Gdy forma się domyka, zaczyna się jej dalsze istnienie – w świetle, w ruchu, w przestrzeni. W spojrzeniach tych, którzy ją odnajdą. W napięciu, które zostaje pod powiekami.

To zaproszenie. Nie tylko do patrzenia – do odczuwania .